Strona PJ'a
Lipiec 08 2020 23:32:51

Nawigacja
Strona główna
Artykuły
Linki
Kontakt
Galeria klasy 2006-2009
Galeria Zimak Maszewo 2011


Zimowe świateczne tupanie

Świt wszystkich zaskoczył niemiłosiernie niską temperaturą. Na dworze -19 stopni. Spotykamy się o 8:30 na pętli w Oliwie i jedziemy SKM do Orłowa. Z dworca idziemy willową dzielnicą na zachód w stronę lasów TPK. Przed wejściem do lasu mały postój, zakładamy stuptuty. Oczywiście ci, co je mają. Reszta obcina skarpety specjalnie przyniesione na tę okazję i zakłada na spodnie i buty jako namiastkę ochraniaczy.

Oprócz absolwentów tylko Karol i Karolina mają prawdziwe stuptuty. Niestety te Karoliny są niekompletne, przy jednym brakuje ściągacza. Będzie problem. Jeszcze tylko nasmarowanie twarzy wazeliną. Dzięki temu wilgoć nie wchodzi w skórę i nie będzie powodować pękania naskórka. Ruszamy w las i od razu wpadamy w śnieg po kolana. Wszystkie drogi i ścieżki są zupełnie zasypane i praktycznie niewidoczne w terenie. Nikt tędy nie chodził przez ostatnie kilka tygodni. Idziemy doliną wiodącą w stronę dawnej poniemieckiej strzelnicy na Kolibkach.

Po drodze co 100-200 metrów zmienia się prowadzący przecierający szlak. W końcu idący przodem się myli i grupa wchodzi w mocno zasypany wąwóz. Śnieg sięga aż do uda. Lekko nie jest.

Pokonujemy w końcu krawędź wysoczyzny i wychodzimy na górę. Mróz daje się we znaki. Wszyscy mają czerwone policzki i nosy. Mijamy plantacje malin i truskawek i wchodzimy znowu w las. Po drodze trafiamy na zagajnik brzozowy i wielkie stare świerki, więc zatrzymujemy się, żeby zebrać trochę kory brzozowej i poszukać żywicy. Przyda się to do rozpalenia ognia. Schodzimy i po 15 minutach dochodzimy do kulochwytów na strzelnicy. Stanowią niezłą zasłonę od wiatru. Zostajemy żeby rozpalić ognisko i ugotować herbatę. Dzielimy się na czteroosobowe zespoły i każdy rozpala swoje ognisko. Trzeba odwalić niezły kawał śniegu, żeby dostać się do ziemi, inaczej roztopiony śnieg zaleje żar i ognisko zgaśnie. Absolwenci z PJ'em odpalają krzesiwem korę z żywicą i po chwili ogień pochłania zebrany po drodze suchy świerkowy chrust. Pozostałe grupy walczą z mrozem. Ogniska udaje im się zapalić, ale po chwili zapas suchego chrustu się kończy, a reszta jest zmarznięta i wilgotna, a do tego nie została okorowana i ogień gaśnie. Zbyt długa praca z gołymi rękoma zaczyna się mścić. Ręce grabieją. Wszystko to trwa zbyt długo. Część zaczyna się poddawać. Nie wierzą w powodzenie. Tych trzeba siłą wypychać do lasu na poszukiwanie suchego chrustu.

Karolina trzęsie się z zimna. Ale ognisko trzeba zapalić - to jedyny ratunek. Po dłuższej walce w końcu mają już odpowiedni zapas opału, ale nie jest on idealny. Trzeba jakiegoś sposobu na odpalenie, więc czas na świeczkę z wazeliny i chusteczek higienicznych.

Udaje się i ogniska płoną. Ale czasu na zagotowanie herbaty jest już mało.

Teraz, kiedy już jest ogień, trzeba ratować Karolinę. Musi zdjąć buty i mokre skarpetki, ogrzać stopy przy ogniu i założyć suche, a na to woreczki foliowe i z powrotem wyciśnięte mokre skarpety i dopiero taki pakunek do buta. Trudno się z nią dogadać, jest tak zmarznięta, że jest jej wszystko jedno. Trzeba nasłać na nią Gula i to skutkuje.

Po chwili ruszamy. Trzeba się rozgrzać w marszu. Znowu wpadamy w objęcia mrozu. Przyspieszamy tempo. Robi się cieplej. Ale grupa się rozpada. Teraz z kolei Julka ma problemy z nogą. Dochodzimy do Bernadowa. Po wyjściu na skraj lasu robimy krótki postój, bo panowie też mają przemoczone zmarznięte stopy i trzeba założyć suche skarpetki i woreczki, bo inaczej grozi to odmrożeniami. Siadamy na drodze w miejscu, gdzie akurat żółci się plama słonecznego światła, jest tu trochę cieplej. Buty Michała nie dają się rozwiązać. Sznurowadła są zamarznięte na kość i sztywne jak drut, trzeba z nimi chwilę walczyć.

W końcu wszyscy mają już suche nogi. Przebijamy się przez Bernadowo i dochodzimy do drogi Wielki Kack - Brodwino. Krótkie rozpoznanie stanu psychicznego i fizycznego uczestników i ruszamy dalej. Mijamy drogę i znowu wbijamy się w śnieg. Idziemy pod górę. Julka zwalnia, ale nie ma innej opcji - musimy dojść na górę. Tam już będzie można wybrać krótszą i łatwiejszą drogę. Wreszcie dochodzimy na Wielką Gwiazdę. Przed wojną stało tu schronisko. Obecnie nie ma po nim śladu. Szkoda, przydałoby się. Jest tylko zadaszona wiata na skrzyżowaniu leśnych dróżek. Z niektórymi nie jest najlepiej. PJ podejmuje decyzję o powrocie. Nie będzie drugiego postoju z ogniskiem i obiadem ani dojścia do Oliwy. Temperatura i nieodpowiedni sprzęt tym razem nas pokonały, ale zdrowie jest ważniejsze. Schodzimy leśną drogą do pętli autobusowej przy DW "Leśnik". Mamy szczęście, akurat podjeżdża autobus, który zawozi nas bezpośrednio do Oliwy.
A wnioski z wyprawy?
Trzeba niestety zainwestować w stuptuty, inaczej cały śnieg ląduje w butach i powoli roztapiając się powoduje przemoczenie wszystkiego, co jest w środku. Drugi wydatek to bielizna termiczna, która będzie odprowadzać wilgoć na zewnątrz, a nie zatrzymywać pot przy ciele tak jak koszulki bawełniane. Ta wilgoć na postojach, kiedy ustaje wysiłek fizyczny, powoduje momentalne wychłodzenie, które zamienia się po chwili w tak dojmujące zimno, że odbiera chęć walki o przetrwanie. No i następnym razem wiedząc, że buty mogą przemoknąć warto już w domu założyć woreczki na stopy. Oczywiście należałoby też potrenować rozpalanie ognia. Ale to akurat będzie do zrobienia już niedługo na zimowisku w Maszewie. No i jeszcze kondycja - z tą nie u wszystkich jest najlepiej.
Link do galerii ze zdjęciami Miśka
Link do galerii ze zdjęciami Logana

Ty się bawisz, a czas ucieka...

Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Reklama
Brak zdefiniowanych buttonów

Administrator strony Paweł Jakusz
Copyright © 2010