Strona PJ'a
Lipiec 09 2020 01:36:01

Nawigacja
Strona główna
Artykuły
Linki
Kontakt
Galeria klasy 2006-2009
Galeria Zimak Maszewo 2011


Zimak Maszewo 2011
Pierwszy tydzień ferii dobiegał końca. Nastał dzień wyjazdu. Wszyscy musieli wstać dość wcześnie, jak na sobotni poranek. Przed 9 spotkaliśmy się na dworcu w Oliwie. Na szczęście nie było osób spóźnionych. Przejazd pociągiem do Lęborka był miły i relaksował nas przed naszą pierwszą wędrówką. W jednym przedziale była nawet impreza ;P Gdy wysiedliśmy, na nasze plecaki czekał już autokar (łaaałł!), który zabrał również harcerzy jadących z nami.
Rzeczy pojechały. Mapa oddana początkującym turystom, więc w drogę!
Od Zimak Maszewo 2011
Całą trasę z Lęborka do Maszewa /ok.12km/ pokonaliśmy w bardzo krótkim czasie, przy okazji zwiedzając po drodze park z kaplicą w Małoszycach.
Od Zimak Maszewo 2011
Nie obyło się również bez dyscyplinowania, czyli przysiadów.
Po przyjściu był czas na rozpakowanie się i zaaklimatyzowanie. Potem przepyszny obiad (wszystkie takie były ;D), a następnie najtrudniejsze zadanie ze wszystkich na tym zimowisku – szycie. Musimy zrobić z prześcieradeł białe stroje do maskowania w śniegu na wzór niemieckiego poncha z II w. św. typu „zelt”!
Od Zimak Maszewo 2011
Najpierw trzeba było wyciąć odpowiedni trójkąt z prześcieradeł przywiezionych przez nas specjalnie w tym celu, a potem najgorsze zadanie - przyszywanie rzepów. Pomijam już, że niektórym ciężko było przewlec nitkę przez igłę, czy zawiązać supełek... Trzeba było zrobić to porządnie, by podczas odpinania rzepy się nie oderwały. P.J przeprowadzał testy na niektórych strojach i niestety większość była do poprawki ;P
Od Zimak Maszewo 2011
Niektórzy byli oporni i wysługiwali się innymi... jednak po kilku godzinach (w trakcie była jeszcze przerwa na kolację) jeszcze tylko otwór na głowę i udało się! Tak minął nam pierwszy dzień.
Niedziela zaczęła się zaprawą poranną. O taak! Aby dobrze funkcjonować w ciągu dnia, trzeba go aktywnie zacząć. Potem porządki i śniadanie. Jako że to niedziela, udaliśmy się wraz z „Brzaskiem” do miejscowego Kościoła na mszę.
Od Zimak Maszewo 2011
Zostaliśmy zauważeni przez księdza, który wspomniał o nas na zakończenie.
Zaraz po mszy P.J podzielił wszystkich na trzyosobowe grupy, w których od tej pory mieli funkcjonować. Kamil & Łukasz & Jasiu, Karolina & Julka & Grochoś, Karol & Tryna & Jerzol, Maykel & Mikuc & Koźmin, Artur & Asia & Malutki, Dosia & Natalia & Damian. I w takich zespołach przeprowadzony został zwiad terenowy. Niektórzy trafili na ciekawych ludzi, mających mnóstwo informacji o Maszewie i okolicy, a nawet zdobyli kopie przedwojennych map.
Po obiedzie, wydawałoby się - prosta sprawa, czyli - plecenie warkocza. Niestety, jednak część chłopaków miała z tym poważne problemy, a trzeba było wykonać sobie pas do stroju. Na szczęście nie ma to jak wspaniała kadra, która zawsze pomoże ;D
Nadszedł czas, by sprawdzić, czy stroje zdadzą egzamin w śniegu.
Od Zimak Maszewo 2011
Szybki kurs maskowania, a potem praktyka. Zadanie było proste - trzeba się było tak schować, by nie zostać zauważonym. Wielu osobom się to udało. Potem zabawa w ochronę V.I.P-ów.
Od Zimak Maszewo 2011
Pierwsi ochroniarze byli bez zarzutu. W drugiej turze poszkodowana została Patryc. V.I.P-y trafiły później do niewoli. Jedna grupa to przestępcy pilnujący porwanych, a druga miała ich odbić. Po długiej walce uprowadzeni postanowili jednak sami uciec. Ileż można stać pod drzewem ;P Gdyby nie koniec zabawy, z pewnością by nam się to udało ;D Trzeba było wracać na kolację, a po niej integracja z harcerzami z „Brzasku”. Śpiewaliśmy i pląsaliśmy na sali gimnastycznej. Mimo początkowej nieśmiałości, wszyscy świetnie się bawili. Zwłaszcza podczas "Łodzi z bananami" ;D
Od Zimak Maszewo 2011
Nadszedł czas na sen. Trzeba było zebrać siły na kolejny dzień.
A były one potrzebne, bo po śniadaniu wyruszaliśmy na spacerek z plecakami.
Od Zimak Maszewo 2011
Droga prowadziła torami nieczynnej już linii kolejowej z Lęborka. Trasa oczywiście nie taka prosta, bo tory w wysokim śniegu i do tego całe porośnięte, więc w niektórych miejscach trzeba było się przedzierać z rękami przed twarzą.
Od Zimak Maszewo 2011
Pogoda nam wyjątkowo dopisywała, ale nawet ona nic nie mogła poradzić na uszkodzone kolano Julki oraz astmę Damiana i Jasia. Trzeba było tym osobom skrócić drogę. Wróciłam z nimi do szkoły. Reszta szła dalej, ale niedługo, bo został krótki odcinek, a poza tym czekał obiad.
Trochę wolnego, a potem grupy miały pół godziny na wyjście do sklepu i załatwienie sobie kartonów, z których miały zbudować bomby – atrapy kostki trotylu z lontem.
Widząc u niektórych osób braki w umiejętnościach wiązania czegokolwiek, P.J zrobił zajęcia z węzłów. Tak oto nauczyliśmy się poprawnie zawiązywać buty(!), a także nieobcy nam już jest węzeł zderzakowy.
Po kolacji bawiliśmy się w "Iskierkę". Ależ była rywalizacja i co za emocje!
Od Zimak Maszewo 2011
Bawiliśmy się też w "Powiedz, kogo kochasz". Niby proste, bo trzeba wypowiedzieć dwa słowa, a jednak nie tak łatwo domyślić się, że właśnie o to chodzi. Ileż było śmiechu, gdy wybrane osoby (Tryna, Dosia i Kamil) wymieniały tych, których kochają ;D W końcu jednak naprowadzeni przez innych, wymawiali słowa – „kogo kochasz”.
Od Zimak Maszewo 2011
Później czekało na nas świecowisko z „Brzaskiem”.
Od Zimak Maszewo 2011
Kolejna wspólna zabawa, która jeszcze bardziej nas zintegrowała. A chłopaki w końcu mieli szansę zaprezentowania swoich umiejętności gry na bębnach. Trwało to dość długo, więc cisza nocna się przesunęła. I tak to nie wszystkim wystarczyło i chcieli sobie pogadać w czasie, w którym powinni już spać. Kadra jednak ma dobry słuch i nie pozwoliła delikwentom budzić innych ;D Po zastosowaniu metod uspokajająco-nużących, można było iść spać.
Za oknem jeszcze ciemno. Na szkolnym korytarzu chłodno. Wszyscy pogrążeni w głębokim śnie i nagle ten dźwięk gwizdka. Słychać otwieranie drzwi i krzyk... "Przygotowanie do zaprawy porannej, czas - 3 sekundy! Raz!... Dwa!... Trzyyyy! Spóźnieni pompują!” Przecież te 3 sekundy, które tak naprawdę są 30 sekundami, to wystarczający czas, by wyjść ze śpiwora i stanąć w dwuszeregu na holu ^^ Poranna gimnastyka ze mną to prawie jak leżenie np. na plaży... ;D
Na niebie pojawiły się pierwsze promyki słońca, gdy wszyscy byli już rozbudzeni. Przed śniadaniem sprawdzenie czystości, no i niestety kilka karimat miało swoje wzloty i upadki, czyli „pilota” za brak porządku. Następnie przygotowanie do wyjścia w teren. Przed nami nauka najpotrzebniejszej umiejętności w klasie turystycznej - rozpalanie ogniska. Zimą jest o tyle trudniej, że wszystko jest przysypane śniegiem i zamarznięte lub mokre. Trzeba też porządnie odśnieżyć miejsce, gdzie będzie się rozpalało lub zbudować specjalny podest.
Po drodze zbieraliśmy potrzebne nam rzeczy. Najpierw żywicę, dzięki której ognisko chętniej się pali, później korę brzozową służącą za rozpałkę. Trzeba było zebrać też sporo chrustu świerkowego, który dokłada się od razu, gdy pojawi się ogień, ale nie można go rzucić, tylko czeka się, aż zapłonie. W końcowym etapie zbieraliśmy grubsze kije, co by nam ognisko od razu nie zgasło, a trochę się popaliło.
Jeszcze tylko wybór odpowiedniego miejsca, mały pokaz i do dzieła! Jako że była to dopiero nauka, nie wszystkim wychodziło. Albo było za mało chrustu, albo grubszych kijków, które miały podtrzymywać ogień.
Od Zimak Maszewo 2011
Czasami ciężko było w ogóle rozpalić, ale P.J zawsze potrafi coś zaimprowizować, by wyszło dobrze. Wystarczyło trochę wazeliny. Jakikolwiek tłuszcz też by się nadał. W rezultacie u każdej z grup można było zobaczyć palące się ognisko.
Od Zimak Maszewo 2011
Nagle usłyszeliśmy polecenie „gasić!”. Wszystkich to zaskoczyło, ale w kilka sekund nie było już śladu. Po chwili P.J kazał rozpalać jeszcze raz. Jakież zdziwienie, a zarazem i złość pojawiła się na naszych twarzach. Przecież zużyliśmy cały skrzętnie zbierany zapas materiałów na rozpałkę. Jednak wszystko to miało swój cel. Drugie rozpalanie poszło już znacznie sprawniej. I okazało się, że wszystko, czego potrzeba, jest na miejscu, wystarczy tylko się dobrze rozejrzeć.
Zbliżała się godzina obiadu, a posiłek to ważna rzecz, więc w ekspresowym tempie wróciliśmy do szkoły.
Po LB kolejna ciekawa zabawa. Normalne InO polega na szukaniu w terenie punktów zaznaczonych na mapie. Jakby to odwrócić, wychodzi OnI, czyli szukanie w terenie obiektów ze zdjęć, które trzeba było zaznaczyć na mapie, a potem jeszcze przenieść na własnoręcznie wykonany podczas niedzielnego zwiadu plan. Dzięki zwiadowi większość elementów była już znana i grupy nie miały problemu z ich znalezieniem. Jednak zaznaczanie punktów sprawiło trochę kłopotów. Natomiast naniesienie ich na plan było proste. Trzeba było również wyznaczyć azymuty z dwóch punktów. Niewiele grup podjęło się tego wyzwania. Po wykonaniu wszystkiego był czas wolny do kolacji.
Później podawane były wyniki z OnI. Pierwsze miejsce zajęła grupa z Maykelem, Mikucem i Koźminem, tuż za nimi byli Artur, Asia i Malutki. Oceniany też był zwiad. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o okolicy. O poniemieckim cmentarzu, fabryce, diabelskim kamieniu, linii kolejowej. Po przyznaniu punktów na pierwszym miejscu znalazła się grupa Maykela, a także Artura. Gorące brawa i czas do śpiworków.
Robiło się coraz później i niektórzy już spali. Niestety, nie wszyscy. I znowu kadra musiała wykazać się kreatywnością w namawianiu opornych do snu. Nie ma to jak obieranie ziemniaków, bieganie, pompki, czy „samotnia”. Gdy już wszystkim udało się zasnąć, rozległ się przerażający dźwięk gwizdka - alarm nocny!. Taaak! Wyjście w teren. Trzeba było ubrać strój do maskowania i wziąć ze sobą swoje bomby. W czasie marszu niektórzy prawie spali, mimo to dzielnie podążali za P.J-em, który wyprowadził ich w las. Jak się potem okazało, byliśmy tu już wczoraj - most nad nieczynnymi torami kolejowymi.
Zabawa polegała na podłożeniu swojej bomby pod tory, gdyż miały one zostać "wysadzone". Trzeba było się dobrze maskować, bo po szynach chodzili wartownicy, pilnując i strzelając światłem. Do tego grona dołączył Jerzol, który w całym tym pośpiechu zapomniał swojej bomby ;P
Mimo dobrej ochrony, wielu osobom się udało. W ostateczności tory zostały wysadzone. A jaka była radość z tego, że ktoś znajdował się koło wartownika i nie został zauważony! :D
W drodze powrotnej trzeba było być cicho, ponieważ dochodziła 03:00 i miejscowi już spali. Jednak niektórzy nie ochłonęli jeszcze po zabawie i rozentuzjazmowani wciąż gadali. Zbliżenie z „Matką Ziemią”, czyli czołganie przez pełzanie uciszyło już wszystkich opornych i w ciszy i spokoju wróciliśmy do szkoły.
Po takim wyjściu wszyscy byli padnięci i od razu zasnęli. Tym lepiej dla nas, bo nie musieliśmy już nikogo uciszać ;D
Poranek w środę był niezwykle leniwy. Gra nocna wszystkich wymęczyła, ale przecież to nie powód by rezygnować z rozgrzewki. Punkt 8:00 - gwizdek. Na holu ustawił się dwuszereg śpiochów. Nawet zaprawa nie wszystkich dobudziła. Byśmy sobie trochę odpoczęli po tych kilku intensywnych dniach, odbyły się zajęcia na sali. Na początku rysowanie z pamięci drogi do mostu, a potem przygotowanie teoretyczne do budowy kuchni polowej i gotowania na ognisku. Kto chciał, mógł zgłosić się ze swoją menażką do P.J-a, by ją "odpicować". Na ognisko najlepsze są nerki albo menażki wojskowe, które mają zaczepy i można powiesić je nad ogniem. Okrągłe pasują bardziej do kuchenek gazowych, jednak można dorobić do nich uchwyty, czym właśnie zajmował się P.J.
Godziny się dłużyły. Kilka osób chorowało. Szalał jakiś wirus, jak każdej zimy. Podczas obiadu jednak sporo osób odzyskało siły i wykorzystało je na gadanie. W trakcie posiłków, jak tego kultura wymaga, nie wolno się przekrzykiwać. Groziło za to jedzenie na stojąco. Ale wystarczyło złożyć samokrytykę i można było znów usiąść.
Po obiedzie wzięliśmy menażki i udaliśmy się do lasu w celu przygotowania się do gotowania w terenie. Po drodze zebraliśmy rzeczy do rozpalenia ogniska. Mieliśmy dwie piły i P.J-ową maczetę. Grupy, które miały okrągłą menażkę, musiały przygotować sobie z grubych kawałków drewna podstawę, na której mogłaby ona stać. Szybki kurs piłowania i dwie belki ucięte.
Robiło się coraz ciemniej, a to utrudniało jakąkolwiek pracę. Jednak udało się rozpalić ogień i zagotować wodę. Informacja dla osób, które być może wciąż tego nie wiedzą - woda jest zagotowana, gdy wrze, czyli bulgocze i wtedy jest szansa, że ma 1000C. Mówiąc krótko widać w niej bąbelki, które bardzo szybko unoszą się do góry! ;D
Po sukcesie wracaliśmy na kolację, Do końca dnia się relaksowaliśmy grając w kości i śpiewając przy dźwiękach gitary, mimo iż kilka osób straciło głos ;D
Jak co noc, trzeba było kogoś uciszać.
Czwartkowa zaprawa była o tyle trudna, że nie było słychać osoby prowadzącej ;D Mimo to się odbyła. Zawsze mogłam też zacząć pisać na kartkach ;P
Tego dnia obiad mamy zrobić i jeść w terenie. Kilku chorych zostało w szkole i dzięki dobroci p.Oli też zjedli ;P
My, trzymając się twardo, ruszyliśmy do lasu. Dotarliśmy na miejsce wcześniej już przygotowane. Rozpalenie ogniska nie stanowiło problemu. Trzeba było teraz wlać wodę do menażki, wsypać zupę w proszku, wkroić kiełbasę i poczekać, aż wszystko się ugotuje. Mm... pyszna grochówka! Okazało się, że nie jest to takie trudne. A jakimż niezbędnym przyrządem okazuje się wtedy, jak sama nazwa wskazuje - „niezbędnik”, o którym niektórzy zapomnieli! Najedzeni wróciliśmy, ale jeszcze nie do szkoły. Poszliśmy na boisko, gdzie na bramkach zostały powieszone menażki. Chłopacy, bo niestety wszystkie dziewczyny zostały w szkole, podzieleni zostali na dwie drużyny. Cel prosty - trafić śniegiem w menażkę przeciwników. Oczywiście można było w tym przeszkodzić zasypując śniegiem atakujących, jednak zadanie zostało wykonane - udało się trafić. Po zabawie wróciliśmy do szkoły. Dzień upłynął na przeróżnych zabawach. Trzeba było ten wolny czas dobrze wykorzystać, bo kolejny dzień to pakowanie, sprzątanie i wyjazd. Noc była spokojna.
Dzień tak, jak i poprzedni - wyjątkowo ładny. Po zaprawie czas na pakowanie, w trakcie jeszcze śniadanie. Gdy już wszystkie plecaki stały na korytarzu, zaczęło się to, co wszyscy lubią najbardziej - sprzątanie. Nikt się nie lenił. Pracy wystarczyło dla każdego ;D
Przed wyjazdem nauczyliśmy się jeszcze robić świeczki z pojemnika po pasztecie, kawałka kartonu, służącego za knot i smalcu. Bardzo dobrze się paliły.
Czekając na wyjazd, bawiliśmy się z harcerzami. Gdy nastał ten smutny czas, zapakowaliśmy się do autokaru i dojechaliśmy nim na stację do Lęborka. Wierzcie mi, podróż autokarem w klasie turystycznej to nie jest normalna sprawa;D
W Lęborku czekaliśmy na pociąg znów się bawiąc. Wreszcie przyjechał. Dzieląc się na trzy grupy, wsiedliśmy i ruszyliśmy do Gdańska i tak zakończyło się nasze zimowisko.
Moim zdaniem był to baardzo udany tydzień, podczas którego wiele się wszyscy nauczyliśmy, za co wielkie podziękowania dla PJ’a, jak i również za pyszne posiłki każdego dnia dla pani Oli ;)


"By Gugul"


Pokaz zdjęć z Zimaku

Ty się bawisz, a czas ucieka...

Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Reklama
Brak zdefiniowanych buttonów

Administrator strony Paweł Jakusz
Copyright © 2010